niedziela, 20 lipca 2014

Emma i kamienny mur. Emma and the stone wall.

             

                  

            Zdecydowanie nie jestem zwolenniczką romantycznych filmów i wylewania łez przed telewizorem lub w kinie. Ta historia jednak urzekła mnie do tego stopnia, że postanowiłam się nią z wami podzielić. Przede wszystkim jednak znalazłam w niej morze inspiracji do mojego wiktoriańskiego domku. Mowa o kreskówce stworzonej na podstawie mangi Kaori Moru o wdzięcznym tytule Emma, a Victorian romance. Opowiada ona o pokojówce w której zakochuje się młody dziedzic. Wątek niby banalny, ale taki na przekór zasadom obowiązującym na początku XIX wieku. Najbardziej podoba mi się to, że kreskówka jest bardzo dopracowana pod względem poprawności historycznej i można dowiedzieć się z niej wielu rzeczy na temat epoki oraz nacieszyć oko wiktoriańskimi wnętrzami. Polecam wszystkim miłośnikom tejże epoki.

               Oglądając ów "serial" zaczęłam zastanawiać się nad ubiorem mieszkańców mojego domku i doszłam do wniosku, że guwernantka, ubrana w koronki i wstążki wygląda zbyt bogato. Należało to więc zmienić i uszyć jej coś bardziej odpowiedniego dla jej statusu społecznego. Guwernantki nie posiadały przecież majątku i możnaby powiedzieć, że były ubogimi wykształconymi pannami, które szukały posady "przy rodzinie". Dostawały miejsce do spania, jedzenie i skromne wynagrodzenie pieniężne. Niektóre miały nadzieję, że w ten sposób poznają jakiegoś młodego dziedzica i spędzą resztę życia zajmując się gromadką własnych dzieci.

              Przy okazji guwernantki pochwalę się wam dwoma innymi miniaturowymi lalkami z porcelany, które zakupiłam w sklepie z drugiej ręki. Lalki są nowe, ale nie mam żadnych informaci na ich temat. Podejrzewam, że były dodatkiem do jakiejś gazety i bardzo chciałabym poznać ich historię. Póki co lalki zamieszkały na regale i cierpliwie czekają na swój własny miniaturowy kącik. Jednej z nich uszyłam nawet ubranko, gdyż to oryginalne wydawało mi się przesadnie ozdobne.




              Oprócz zabaw z igłą i nitką udało mi się rozpocząć prace nad "dziedzińcem". Zgodnie z założeniem, najniższe piętro domu znajdować się ma poniżej poziomu ulicy. Na początek zajęłam się murem otaczającym przednią część domu. Mur wykonany jest z drewna i pokryty masą papierową DAS. Nie znalazłam jednak jeszcze odpowiedniego koloru i muszę poczekać z montażem. W międzyczasie zajęłam się płytkami chodnikowymi, które wycięłam z grubej i twardej tektury. Teraz czekają na szpachlowanie i malowanie. Posłużą do wyłożenia "dziedzińca", choć właściwie trudno nazwać dziedzińcem mini-przestrzeń przed domem. Docelowo służyć on będzie jako "część gospodarska".


             I am definitely not an amateur of romantic films and bursting with tears in front of the tv or in the cinema. However, I have liked this story so much that I have decided to share it with you. I have found a lot of inspiration for my doll house in it, as well. What I am talking about is a cartoon based on Kaoru Mori's manga entitled Emma - a Victorian romance. It tells about a poor maid and a young heir - to -be that falls in love with her. A banal plot but in defiance of the rules followed in the XIXth century. What I like in the cartoon is the historical correctness and beautiful Victorian interiors.
             Watching Emma I started to think about my miniature inhabitants' outfits and I came to a conclusion that the governess's clothes were too rich... and I decided to sew her something more appropriate to her social status. The governesses were not rich, it may be said that they were poor educated maids that searched for a position "by a family". They got  place to sleep, food and a small pay. Some of them hoped to meet some young rich landlord and spend the rest of their life taking care of their own children.
             Talking about the dolls, I bought two miniature porcelain dolls in a second hand shop some time ago. They are new and probably they were ad addition to some magazine. I would like to know something about them but I haven't found any information so far. They have lived in a bookcase and have waited for their own place. One of them got a new outfit because the original one, according to me, was too much decorated.
              Apart from sewing last week I started some works in the courtyard. The lowest floor of the house is planned to be under the street level and I started with a wall that surrounds the space in front of the house. The wall is made of wood and covered with DAS ( paper clay). I have not found the right colour yet so the wall has not been fixed. In the meantime, I cut out the floor tiles. They are made of cardboard and I am going to use them to pave the courtyard.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kuchenne rewolucje. Kitchen revolutions.

             
            A ja nadal tkwię w kuchni. Tak mi tu dobrze wśród wszystkich tych smakołyków. I ten nieopisany wiktoriański klimat, który uwielbiam. Półmrok, lampa oliwna, zaganiana kucharka. Tak! Kocham moją miniaturową kuchnię i gdybym miała maszynę czasu to odbyłabym podróż do takiego właśnie miejsca.
             Ale nie bez powodu piszę o kuchni właśnie. Otóż, kilka dni temu dotarły do mnie dwie paczuszki. Pierwsza z nich to zestaw zamówionych przeze mnie garnków miedzianych. W skład zestawu wchodzi osiem elementów. Najbardziej podoba mi się patelnia do smażenia jajek. W końcu kucharka przestanie złościć się, że jajka zlewają się ze sobą i zamiast jajek sadzonych podaje państwu jajecznicę. No i dzieci nie będą już mogły wybrzydzać i mówić, że nie będą jadły jajek na śniadanie, bo mają wymieszane "żółte z białym". Co za ulga. Jedna małą patelnia a takie zmiany.
             


         Druga paczuszka, to cudowny prezent od Lady Fanaberii  (http://minifanaberia.blogspot.it), przemiłej członkini  grupy miłośników domków dla lalek, do której i ja należę.  Przyznam, że paczuszka wywołała u mnie prawdziwa euforię i wprawiła mnie w bardzo pozytywny nastrój. Wszystko, co w niej znalazłam okazało się prawdziwymi skarbami i od razu znalazło miejsce w moim miniaturowym domku. Prawdziwe woskowe świece z knotami całkowicie podbiły moje serce, a młynek do kawy, taki, jakiego używała moja babcia na chwilę przeniósł mnie w czasy dzieciństwa. Do tego przepiękna patera na ciasto, chleb, domowe przetwory i skrzyneczka z warzywami. Wszystko przepiękne!

              W tej chwili moja kuchnia jest już całkiem dobrze wyposażona we wszelkiego rodzaju naczynia, garnki i artykuły spożywcze. Brakuje jeszcze tarki, z którą mam ogromny problem. Za każdym razem, gdy zabieram się za jej wykonanie, dochodzę do wniosku, że otworki są zbyt duże i tarka ląduje w koszu na śmieci. Pewnie skończy się na zakupie gotowej tarki, chociaż właśnie w tym momencie wpadł mi do głowy pomysł, by wykorzystać do tego celu naparstek. Hmmm... może tym razem się uda.

              I am still in the kitchen. I feel so comfy here among all these delicacies. And this special Victorian atmosphere that I love... semidarkness, an oil lamp, a busy cook. Yes! I adore my miniature kitchen and if I had a time machine I would surely like to visit such a place.
             
 

               But... I don't write about kitchen without a reason. Some days ago I got two parcels. One of them was a set of cooper pans bought by me. There are eight pieces in the set. The one I like the most is a frying pan that was used to fry eggs. Finally, the cook won't get angry  and won't complain that eggs mix alltogether and instead of fried eggs she has to serve scrambled eggs. And the children won't be capricious and say that they won't have eggs for breakfast because the 'white thing' is mixed with the 'yellow thing'. What a relief! One small frying pan and such big changes.
               The second packet I got was a wonderful gift from Lady Fanaberia (http://minifanaberia.blogspot.it/), a delightful member of a miniature dollhouses group, which I belong to. I must admit that I was very very happy about the parcel. Every single item that I found there is a real treasure for me and they all got their place in my dollhouse. The real wax candles with wicks have won my heart and the coffee grinder remembered me my childhood for a while. Apart from the candles and the grinder arrived a cake plate, some bread, some homemade preserves and a crate with vegetables. Everything absolutely beautiful!
           
     

                       Now my kitchen is quite well equipped with all the cooking staff and food. But I still have one problem. I am not able to make a grater. Every time I try I realize that the wholes are too big and the grater finished in the bin. I suppose I will have  to buy an already-made grater. However... when I am thinking of it now an idea has crossed my mind to use a thimble... 

                                     

niedziela, 8 czerwca 2014

Czas na piknik. Picnic time.

           
          
             Kto z nas nie lubi pikników na świeżym powietrzu? W lesie, nad rzeką, nad jeziorem. W towarzystwie ćwierkających ptaków, szumu strumyka... W Anglii pikniki osiągnęły szczyt popularności za panowania królowej Wiktorii, wyglądały jednak  bardziej formalnie. Wiktorianie uważali, że pikniki powinny odbywać się na bardzo cywilizowanym poziomie, tak jakby spożywało się posiłek w domowej jadalni. Należało więc wybrać odpowiednie miejsce, niezbyt nasłonecznione, niezbyt zacienione, nie za blisko klifów, gdyż panie mogłyby się wystraszyć; z daleka od mrowisk itp. Zabierano ze sobą zastawę stołową, szklanki, kieliszki, sztućce, obrusy itd. Także potrawy musiały być odpowiednio przygotowane i dokładnie zapakowane do piknikowych koszyków. Mogły to być kanapki, zimne mięso w postaci gotowanej szynki czy drobiu, zapiekanki czy owoce. Zwykle przygotowaniem jedzenia zajmowała się jedna rodzina, ta która organizowała piknik. Zaproszeni goście musieli przynieść ze sobą tylko naczynia.

             Jako, że ostatnio pogoda dopisuje, mnie także zamarzył się piknik, ale taki miniaturowy. Postanowiłam więc sprawić niespodziankę moim malutkim mieszkańcom i zaopatrzyć ich w potrzebne rzeczy. Zaczęłam od koszyków, wykonanych ze sznurka. Jeden z nich, stylizowany na stary i zniszczony dostał się nawet biednemu Oliverowi. Być może to pierwszy i jedyny piknik w jego życiu. Potem zajęłam się jedzeniem i dostarczeniem niezbędnych produktów do kuchni. Wszystko wykonane z masy modelarskiej, bo tylko to miałam akurat w domu. Kucharka miała pełne ręce roboty, ale mięsne zapiekanki wyszły jej całkiem nieźle. Wszystko już spakowane. Czekamy tylko na damy, które nie mogą zdecydować się na odpowiednie kapelusze... i w drogę. 
             
            Who of us doesn't like picnics in the fresh air. In a forest, by a river or a lake. In the company of singing birds, a murmuring brook. In England picnics reached the peak of popularity during the reign of Queen Victoria. However, they were much more formal. Victorians believed picnics should be just as civilized as eating in a dining room. The right place had to be chosen - not too sunny, not too shady, not too close to the cliffs as ladies might get frightened, far away from the anthills etc. Plates, glasses cutlery, different kinds of utensils and tablecloths were almost obligatory. The food had to be prepared in the right way and properly packed into the picnic baskets. It could be sandwiches, cold meat such as poltry or cooked ham, pies and fruit. Usually, the family that organized the picnic prepared food for all the partecipants, the guests had to bring plates and cutlery with them. 


             

                As the weather has been really nice recently, I have dreamt of a picnic, too. Of a miniature picnic. I decided to make a surprise for my little inhabitants and to provide them with all the things needed. I started with string baskets. One of them, that seems to be old and worn-out was given as a gift to my poor Oliver. Maybe it's the first and only picnic in his life. Then, I occupied myself with food and providing all the essential ingredients to the kitchen. All is handcrafted with a modelling clay as it was the only thing I had at home that day. The cook was really busy but her mince pies seem really delicious. Everything has already been packed. Now we're waiting for the ladies. They can't make their mind about the right hats to put on...


                             



             

środa, 4 czerwca 2014

Próbując zabić czas. Trying to kill time.

       
       Ostatnio dni ciągną mi się w nieskończoność a czas wydaje się stać w miejscu. No właśnie... czas.  W zeszłym tygodniu dotarł do mnie długo wyczekiwany i upragniony działający zegar, z angielskiego zwany dziadkiem - zegarem. Zaciekawiona nazwą poszperałam trochę w internecie i dowiedziałam się, że nazwa ta pochodzi od tytułu piosenki "Zegar mojego dziadka" z 1876 roku. Zegar z piosenki należał do dwóch braci i bardzo dokładnie wybijał czas. Gdy pierwszy z braci umarł, ów zegar zaczął sie opóźniać, a gdy umarł drugi brat zegar przestał wybijac godziny i w żaden sposób nie udało się go naprawić. Mój "dziadkowy zegar" stoi już dumnie w jadalni i wybija godziny. Przyznam, że za każdym razem, gdy otwieram domek i słyszę ciche tykanie cieszę się jak dziecko. 
        Co do prób zabicia czasu to idzie mi to opornie. Nie jestem już w stanie zająć się żadnymi większymi pracami przydomkowymi, a i wykonywanie malutkiego wyposażenia kosztuje mnie wiele cierpliwości. Nie mogę jednak leżeć i czekać na skurcze porodowe. Tak więc, mimo przeszkadzającego brzucha, udało mi się zrobić dwie kartonowe tace, które są pierwszą próbą decoupage'u w moim wykonaniu. Przyznam, że bardzo podoba mi się ta technika i postaram się częściej wykorzystywać ją w moich miniaturach. Oprócz tac zrobiłam również podstawkę na korespondencję, która stanęła w korytarzu głównym. Teraz czekamy na pierwsze listy. Ulepszyłam także nieco mój miniaturowy domek do pokoju dziecinnego. Z kominami rzeczywiście wygląda lepiej. Ostatnio natknęłam się jednak na tzw. kit w skali 1:144 i nabrałam wielkiej ochoty, by sprawić sobie taki tyci drewniany domek z prawdziwymi oknami. Kto wie, może kiedyś...

 
       
       Recently, time has stopped for me and the days have seemed much too long. Yes... time. Last week my long awaited working grandfather clock arrived. Intrigued with its name I did some research in the internet and I found that the name comes from a song title. "My grandfather's clock" was written in 1876 and tells about two brothers, owners of a clock. When one of them died, the clock began loosing time, when the second brother died the clock stopped working. My grandfather clock stays proudly in the dining room and shows the right time. I admit that every time I open the dollhouse and I hear the quiet ticking I am happy as a child.
       Talking about my trials of killing time... I am not good at it. I am not able to start any bigger dollhouse work now and even creating some small items costs me a lot of patience. However, I cannot stay in bed and wait for labour pains. So, instead of my huge belly, I have managed to make two cardboard trays. They are my first attempt of decoupage. I hope to proceed with this technique in my dollhouse. Apart from trays I have created a "post stand" that I located in the main hall. We're awaiting first letters now. I have improved the miniature dolhouse for the nursery, too. With chimneys it looks much better. But... some days ago I saw 1:144 kits of wooden houses with "real" windows and I have fallen in love with them. Who knows, maybe one day...

 

czwartek, 22 maja 2014

Kilka miniaturowych zmian. A few "miniature" changes.

               
         W ciągu ostatnich dni w moim miniaturowym domku nastąpiło kilka niewielkich zmian. Kupiłam nowy regał do biblioteki, większy i bardziej wiktoriański i ,jak można się było spodziewać, okazało się, że wszystkie książki, które wcześniej zrobiłam zapełniają zaledwie połowę jego półek. Czeka mnie sporo pracy by wypełnić go w całości. Kolorem regał nie bardzo pasuje do reszty mebli, ale przyznam, że podoba mi się taki wiktoriański misz masz. Oprócz tego zrobiłam dwie malutkie półeczki do kuchni i próbuję własnoręcznie ulepić malutkie pojemniczki na przyprawy, póki co bez zadowalających rezultatów. Udało mi się również spełnić jedno z moich wielkich marzeń i kupić na aukcji ,za niewielką sumę, działający zegar do jadalni. Jeszcze nie dotarł do mnie i obawiam się trochę czy dotrze, biorąc pod uwagę dźwięk jaki wydaje. Może w urzędzie pocztowym pomyślą, że to bomba... W każdym razie nie mogę się go doczekać.


                 Kolejna zmiana to teatrzyk w pokoju dziecinnym. Za każdym razem, kiedy spoglądałam na ów teatrzyk wydawał mi się nie pasować do epoki. Kukiełki - książęta... Szczerze mówiąc nie spotkałam się z wieloma takimi jeśli chodzi o teatrzyki wiktoriańskie. Damy, żołnierze, Alicja w Krainie Czarów, ewentualnie Kopciuszek... Tak więc wymieniłam moją królewską rodzinę na Puncha i Judy, zdecydowanie wiktoriańską parę, a książęta skończyły w skrzyni z zabawkami. I ostatnia zmiana, a właściwie nowość - miniaturowy domek dla lalek. Zrobiony z kartonowego pudełka, pomalowany, oklejony kolorowym papierem, z otwieranym przodem. Niby nie mogę mu niczego zarzucić, ale jednak czegoś mi w nim brakuje, jakiegoś drobiazgu, który dopełni całości. Może mi coś podpowiecie?


           Recently there have been some small changes in my miniature dollhouse. I have bought a new bookcase, a bigger one and "more Victorian", and, as I could have imagined, all the books made by me are not enough to fill it. Actually, they fill just half of it so I will have a lot to do to fill it all. I have made two tiny shelves for the kitchen and I have been trying to make some spice containers... without success. Moreover, one of my biggest dreams has come true and I have bought a working grandfather clock for the dining room. It has not arrived yet but I hope it will. I can't wait it.

           Another change is the puppet theatre. Every time I looked at it, it seemed quite weird to me. Puppets - princes. I haven't seen a lot of them in Victorian toy theatres. Ladies, soldiers, Alice in Wonderland, maybe Cinderella... So I have changed my royal family for a Victorian couple - Punch and Judy. The princes have finished in the toy box. And the last change, actually, a novelty - a miniature dollhouse. It is made of cardboard, painted and decorated with some decorative paper. The front opens. I quite like it but it is missing something, some element to complete it. Have you got any idea?

                                        

czwartek, 15 maja 2014

Jeszcze więcej zabawek. More toys.

             
                    Co tu dużo pisać, uwielbiam wiktoriańskie zabawki. Niektóre są proste, ale jakże kolorowe, inne wręcz zaskakujące i bardzo precyzyjnie ręcznie wykonane. Sama chciałabym zostać kiedyś posiadaczką prawdziwej wiekowej wiktoriańskiej porcelanowej lalki z cudowną ręcznie malowaną twarzą i bogato zdobioną sukienką. Tymczasem jednak, marząc o pięknej lali, postanowiłam uzupełnić moją miniaturową kolekcję o kilka drobiazgów. Wybór padł na cyrkowego słonia oraz konia na kółkach, tzw. pull - along toys oraz na znanego chyba wszystkim Jacka - in- the - box. Oczywiście chciałam, aby Jack działał. Udało się. Głowa, wykonana z pasty Opla zamontowana jest na sprężynie od długopisu i przyklejona do dna pudełka. Przesadziłam chyba trochę z jej wielkością, ale wyraz twarzy jest dość wyrazisty. Pewnie niejednego przestraszy. I o taki efekt mi chodziło. Na mojej bardzo długiej liście miniaturowych rzeczy do zrobienia czekają już kolejne zabawki - karuzela, domek dla lalek i koń na biegunach, ale muszą poczekać na swoją kolejkę.

Dodaj napis
                I do love Victorian toys. Some of them are simple but at the same time very colourful, others are surprising and made by hand very precisely. Personally, I would like to become an owner of a real old Victorian doll with a beautifully handpainted face and a very decorative dress. In the meantime, dreaming of a pretty doll, I decided to enrich my collection of miniature toys with some new elements. The choice was not difficult - two pull-along toys, a circus elephant and a horse, and a Jack- in-the- box. Jack had to work, of course. And it really does. The head is made of Opla paste and it is fixed to a pen spring; the spring is glued to the bottom of the box. I suppose I have exagerated with the head size, but the face expression is quite meaningful. One may get scared. And this is the exact effect I wanted to obtain. There are more toys in my very long list of miniature things to make - a merry-go-round, a dollhouse and a rocking horse but they have to wait for their turn.

piątek, 9 maja 2014

I jeszcze dwa... Two more...

     
       Kilka dni temu, przy okazji pochwalenia się pierwszym zrobionym przeze mnie parawanem, napisałam, że zamierzam wykonać jeszcze dwie sztuki. Oto one. Do wykonania parawanu z obrazem przedstawiającym drzewa użyłam, tak jak wcześniej, reprodukcji obrazu. Potrzebowałam czegoś, co ożywiłoby nieco pomieszczenie, w którym stanął ów parawan, czyli sypialnię dla gości. Cel został chyba osiągnięty.
       Z parawanem do głównej sypialni było nieco gorzej.  Baza, w kolorze niebieskim powstała zaledwie w godzinę, ale nie miałam pomysłu jak ją ozdobić. Na początku postawiłam na pawie, niestety kolory wydruków nie zadowalały mnie. Potem próbowałam reprodukcji obrazu "Punting on a Sunday afternoon" autorstwa Henry'ego Kinga - okazał się zbyt blady. Aż tu dzisiaj rano, zupełnie przypadkiem, spacerując natrafiłam na mały sklepik z papierem do scrapbookingu i ... znalazłam! I to nie jeden, ale trzy arkusze papieru w przepiękne wzory. I znów problem... który wzór wybrać? Kupiłam wszystkie trzy. Ten, który zawładnął moim sercem użyłam do ozdobienia parawanu. Pozostają jeszcze dwa. Tak mi się wydaje, że z tymi parawanami to chyba nie koniec...


     A few days ago, showing you my first handcrafted vanity screen, I wrote that I was going to make two more. Here they are. The one with the trees is decorated, as the previous one, with a reproduction of a painting. I needed something that would be able to "give some life" to the room where the screen has been put, that is in the guests' bedroom. I think the aim has been reached.

      The vanity screen that I made for the master bedroom was more "troublesome". The base, in blue, came into being in less than an hour, but I had no idea how to decorate it. At the beginning I wanted some printies with peacocks on them but I was not satisfied with the colours. Then I tried a reproduction of Henry King's painting "Punting on a Sunday afternoon" - the print seemed to be too faded. Finally, today morning, while I was having a walk, by accident, I found a small shop with scrapbooking paper. And I found the right piece of paper, too! Actually, not one but three beautiful sheets of paper. Which one to choose? I bought all of them. The one, that stole my heart has finished as the vanity screen decoration. But there are still two more... I think that this is not the end of my vanity screen adventure...


niedziela, 4 maja 2014

Eksperymenty w salonie. Experiments in the living room.

           

           Salon w moim domku dla lalek to zdecydowanie pomieszczenie, w którym następuje najwięcej zmian. Nie potrafię do końca oddać jego wiktoriańskiego klimatu i ciągle czegoś mi w nim brakuje. Ostatnio znów pokusiłam się o eksperyment i małe przemeblowanie.
          Już kilka miesięcy temu zakupiłam trzy ręcznie wykonane ozdobne talerze, przedstawiające psy myśliwskie. Dodam, że chociaż podziwiam wszystkich artystów zajmujących się miniaturami, nigdy nie kupuję ręcznie robionych przedmiotów, głównie ze względu na ich wysokie ceny. Talerze te jednak na chwilę przyćmiły moją logikę i tak oto stałam się ich właścicielką. W całej historii domku to mój jedyny taki wybryk. Do tej pory jednak nie umiałam zdecydować, gdzie je umieścić i tak leżały sobie ukryte w kartoniku z miniaturami. Postanowiłam jednak pokazać je światu i znalazłam dla nich miejsce nad kredensem. Myślę, że prezentują się tam całkiem nieźle i ściana powoli zaczyna przypominać typową "obwieszoną" ozdobami ścianę wiktoriańskiego salonu.
        Dotarły też do mnie dwa zakupione z drugiej ręki krzesełka, które wpasowały się w wystrój pokoju. Teraz czas na ścianę po prawej stronie. Pewnie zawisną na niej fotografie przodków. Według was salon jest już wystarczająco "wiktoriansko zagracony"?

             The living room in my miniature house is definitely the room that has "suffered" more changes than any other place here. I am not able to bring its Victorian character out and I feel that there is still something missing there. Recently I have tried another experiment and a small change.
             Some months ago I bought three handcrafted plates with hunting dogs. I must add that although I admire all the handcrafters and artists connected with miniatures I never buy handmade objects, mostly because of their high prices. The plates, though, for a moment had "darkened" my mind and in that way I became their owner. In the whole story of my dollhouse it is the only extravagance of this kind.

Unfortunately, I could not make my mind where to put the plates and they spent all the time in a box with other miniatures. Finally, I decided to show them to the world and I placed them on the wall above the dresser. I think they fit quite well there and the wall begins to look like a typical "overloaded" with decorations Victorian living room wall.
              Moreover, two chairs bought in a second-hand shop arrived to me. They look nice in the living room and I think they will remain there. Now I must arrange the wall on the right. I suppose I will put some family photographs there. Do you think the room is already "messy enough" in the Victorian way?

czwartek, 1 maja 2014

Parawan. A vanity screen.

                 

              Jakiś czas temu teściowa podarowała mi zestaw pocztówek przedstawiających obrazy namalowane przez niepełnosprawnych artystów. Wszystkie były piękne, ale jeden w szczególności zaprzątał moje myśli, gdyż skalą pasował do domku dla lalek. Długo zastanawiałam się w jaki sposób najlepiej go wykorzystać, gdyż nie chciałam zmarnować nawet najmniejszego kawałeczka. I tak wpadł mi pomysł na zrobienie parawanu.

              Często, czytając książki lub artykuły na temat mojej ulubionej epoki, spotykam się ze stwierdzeniem, że kobiety wiktoriańskie były pruderyjne, tak więc myślę, że parawan w sypialni lub łazience przyda się jak najbardziej. Moja pani domu wieczorową porą będzie mogła schować się za nim i spokojnie ubrać koszulę nocną nie będąc przy tym podglądaną przez własnego męża. To przecież wstyd!

                   Parawan wykonany jest z kartonu i można go składać. Muszę zastanowić się jak ukryć zawiasy, gdyż rażą swoją wielkością. Mniejsze nie zdałyby jednak egzaminu. Mam w planie wykonanie jeszcze dwóch sztuk parawanów, ale w innych kolorach. Ciągle zastanawiam się, czy parawan z tulipanami umieścić w sypialni czy może w łazience. Według was do którego wnętrza pasuje lepiej?

                   Some time ago my mother-in-law gave me a set of postcards with paintings by disabled artists. They were all beautiful but one particularly got my attention as its scale was perfect for my dollhouse. For a long time I had been thinking how to use it in the best way, without wasting any piece of it. Finally, an idea to make a vanity screen crossed my mind.
                   

            Reading different books and articles about my favourite era I very often notice that Victorian women were prudish so I think that a vanity screen in the bathroom or in the bedroom will be very useful. At least, the lady of the house in the evening will be able to hide herself behind it and change her clothes and will not be observed by her husband. What a shame being observed!

                   The vanity screen is made of cardboard and it can be folded. I must think how to hide the hinges as they are very big. Unfortunately, smaller ones would not work well enough here. I am planning to make two other screens in different colours. I am still not convinced where to put the screen with tulips, in the bedroom or in the bathroom. What do you think? Where does it fit in better?

                                                

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Kładzenie dachówki zakończone! Roof tiling finished!

           

           Hurra! Hurra! Wreszcie mogę krzyczeć z radości. Po tygodniach mozolnego wycinania, szpachlowania, malowania i przyklejania dachówki są już na swoim miejscu. Główny dach, do pokrycia którego wyprodukowałam ponad 1600 miniaturowych dachówek może dumnie pokazać się światu. Teraz czas na obróbki dekarskie, listwy i może troszkę mchu dla dodania odrobiny realizmu. Oto efekty...

             Hurray! Hurray! Finally, I can shout for joy. After weeks of boring cutting out, plastering, painting and gluing the roof tiles are on their place. The main roof, which I have tiled with over 1600 handmade tiles,  can be proudly shown to the world. Now it's time for finishing elements, some board slats, maybe some moss to give some realism. Here are the effects...



                 

                






piątek, 4 kwietnia 2014

W połowie umeblowana główna sypialnia. Half-furnished master bedroom.

         
          Ostatnio na wszystko brakuje mi czasu, a jak już jakimś cudem znajdę wolną chwilkę to wykorzystuję ją na odpoczynek. I chociaż jest to bardzo dziwne, to w pewnym sensie ma to też związek z miniaturkami. Właściwie to z jedną, żywą, która rośnie sobie w moim brzuszku i pochłania sporą część mojej energii. Staram się jednak nie zaniedbywać całkowicie mojego domku i ciągle jeszcze walczę z dachówkami. Wyprodukowałam ich już ponad tysiąc, ale końca ciągle nie widać. Tak więc, zamiast pokazywać zdjęcia "nagiego" jeszcze dachu tym razem kilka słów o głównej sypialni.
        Sypialnia ma wymiary 40 cm na 40 cm, czyli jest wystarczająco duża, by pomieścić w niej wszystko to, co w wiktoriańskiej sypialni znaleźć się powinno, ale także to, co będzie chciała "upchać tutaj" pani domu. Cóż to takiego? Stosy pudeł na kapelusze, dziesiątki par butów, gorsety, halki, bibeloty etc.
       Pomieszczenie, jako, że powinno być przytulne i pełnić funkcję buduaru, jest w przyjemnym zielonym kolorze. W narożniku znajduje się duży kominek, a na suficie oczywiście zdobienia. Już na pierwszy rzut oka widać, że brakuje tu jeszcze wielu mebli i innych przedmiotów, ale przyznam, że nie lubię się śpieszyć z zakupami i każdy element wystroju jest dokładnie przemyślany.
       W sypialni znajduje się już łóżko z uszytą przeze mnie pościelą (nadal brakuje narzuty, jako, że wspomniana wcześniej przeze mnie koszula mojego męża jeszcze się nie poddała), szafa ( póki co jeszcze pusta) oraz toaletka pani domu. Drewniane aniołki, które zdobią mebel zakupiłam w sklepie z elementami do tworzenia biżuterii, pozłociłam i przykleiłam na toaletkę, aby w ten sposób uniemożliwić obracanie się lustra. Zawartość toaletki to także moje dzieło.
        W pokoju brakuje jeszcze komody i kufra na pościel. Zastanawiam się również nad "mebelkiem z miednicą", ale nie potrafię zdecydować, czy powinien on być drewniany i udekorowany płytkami łazienkowymi, czy też znacznie prostszy i mniejszy, wykonany ze stali. Ściany również są jeszcze gołe. Jedynym elementem ozdobnym, któremu nie potrafiłam się oprzeć jest wykonany przeze mnie obraz - portret Karola Dickensa, mojego ulubionego pisarza wiktoriańskiego ( tak naprawdę urodził się sporo przed panowaniem królowej Wiktorii). Wymyśliłam sobie, że jest on ojcem pani domu i przygląda się jej poczynaniom przytwierdzony do ściany. Początkowo obraz miał wisieć nad komodą, ale że przykleiłam go zbyt szybko, a potem zmieniłam ustawienie mebli, dziwnym trafem znalazł się nad łóżkiem. Może nie jest to dla niego najlepsze miejsce, ale tam już pozostanie.



            Recently I've been in shortage of time. Even if I find a free moment I immediately lie down and get some rest. It may sound strangely but in some way it is connected with miniatures, actually, with one special miniature that has been living inside my belly for some months and has been consuming a lot of my energy. However, I try not to neglect my dollhouse and I am still fighting with roof tiles. So far, I have made more than one thousand pieces but it is still not enough. So, instead of showing photographs of the "naked" roof, I am going to write about the master bedroom in my dollhouse.
           
        The bedroom is 40 cm wide and 40 cm deep and it is big enough to place here all the furniture that should not lack in a victorian bedroom but also all the things that the lady of the house will want to keep here. What things? A mountain of hat boxes, tens of pairs of shoes, corsets, petticoats and a lot of other staff.
           The room, as it should be a kind of a comfy boudoir, is finished in a nice shade of green. There is a big fireplace in the corner and the ceiling is decorated with some green elements. It is easy to notice that the room is only half - furnished. I don't like to hurry with buying new elements to my dollhouse, they are all carefully thought - of first.
          There already is a bed, a wardrobe and a dressing table in the bedroom. The bed has a bedding made by me ( there is still no bedspread as my husband's shirt mentioned some time ago has not surrendered yet). The wardrobe is empty but I hope to fill it with a lot of clothes. The dressing table, bought with a newspaper, "has earned" two angel- face ornaments. I bought them is a shop with jewellery pieces and I painted them with some gold acrilic paint. They prevent the mirror to move. All the small elements placed on the table are also made by me.

          I would like to add a chest of drawers, a linen chest and a washstand to the room furniture. I can't make my mind about the washstand. I don't know whether it should be made of wood and finished with bathroom tiles or I should choose a simplier one made of steel or cooper.

          The walls need some decorations too. The only element hanged on the wall ( I could not resist doing that) is a picture - portrait of Charles Dickens, my favourite Victorian writer (actually born before the reigh of Queen Victoria). I made up a story that he is the lady of the house's father and is observing her from the wall. At the beginning, the picture was to be hanged above the chest of drawers but I glued it too early and then I rearranged the furniture. In this way he finished over the bed. Maybe it is not the best place for him but I am afraid he's going to stay there forever.