czwartek, 27 lutego 2014

Wieczorne podglądanie. Night watching.

       
       
       Wczoraj dotarły do mnie ostatnie zamówione żyrandole i wreszcie mogłam oświetlić także pokoik dziecinny.  Nie mogłam doczekać się wieczoru by w pełni cieszyć się działającym oświetleniem. Przyznam, że jestem bardzo podekscytowana i efekt końcowy bardzo mi się podoba. Nie powstrzymałam się oczywiście od pstryknięcia kilku zdjęć. Sami popatrzcie.
        Yesterday the last order with chandeliers arrived and ,finally, I was able to lit the nursery up. It was hard to wait till the evening to enjoy fully the working lighting. I must say that I am very excited and I am very pleased with the final result. I could not keep me from taking some photographs. Just look!
     

wtorek, 25 lutego 2014

Skrzynia na zabawki. A toy box.

   
         

     W moim domku jest jeszcze tak wiele do zrobienia, że gdy tylko znajdę wolną chwilkę, od razu myślę, za co by się zabrać. A wolnych chwil jest niewiele, więc i prace idą powolutku. Ostatnio zamówiłam ostatnie brakujące  żyrandole do pokoiku dziecięcego i nie mogę doczekać się przesyłki. A tak przy okazji, przyglądając się mebelkom dla dzieci doszłam do wniosku, że brakuje skrzyni na zabawki. Od razu przystąpiłam do działania.
   
        Skrzynia jest bardzo prosta, wykonana ze sklejki i pomalowana farbami akrylowymi tak, by pasowała do reszty wykonanych przeze mnie mebelków. Wieko skrzyni otwiera się i w środku znajdują się już zabawki. Następne w kolejce do wykonania są stoliczki nocne. Oczami wyobraźni już widze ten pokój, przytulny i kolorowy... ale do końca jeszcze długa droga.

   There are still so many things missing in my miniature house that when I find some free time I immediately think what to do. Unfortunately there is so little free time and the works proceed very slowly. Recently I have ordered the last missing lamps for the nursery and I can't wait the parcel. By the way, looking at my nursery furniture I noticed that there is no toy box. And I decided to make one.

     The box is very simple, made of plywood and painted with acrilic colours so that it matches the other pieces of the nursery furniture. The lid can be opened and there are already some toys inside the box. The next thing to make will be the bedside tables. With the eyes of my imagination I already see the nursery finished, very comfy and colourful... but there is still a lot way before me.

środa, 19 lutego 2014

Wiktoriańskie kuferki podróżne. Victorian travelling boxes.

         

        

Już dość dawno temu zakupiłam w sklepie z artykułami dekoracyjnymi dwa małe drewniane pudełeczka. Kupiłam je ze względu na bardzo niską cenę, ale nie miałam na nie pomysłu. Nie nadawały się na pudła na kapelusze, gdyż były za małe. Aż tu kilka dni temu dostałam znak od losu. Urwał mi się pasek od mojej ulubionej torebki - listonoszki. Zwykła materiałowa torebka z materiału przypominającego len, ale posiadająca ciekawą wszywkę imitującą skórę. To właśnie ten kawałek postanowiłam wykorzystać. Tak oto powstały dwa kuferki podróżne.

         Podróżowanie w epoce wiktoriańskiej nie należało do wielkich przyjemności. Nie od razu przecież pojawiły się pociągi. Początkowo klasa średnia przemieszczała się tzw. omnibusami. Było to coś w rodzaju pierwszych publicznych autobusów, ale ciągniętych przez konie. Omnibusy kursowały na krótszych i na dłuższych trasach. Czasem podróż trwała kilka dni ( z przystankami na noclegi). Jak można sobie wyobrazić, bagaż, który umieszczany był na dachu pojazdu, narażony był nie tylko na ewentualne perturbacje pogodowe, ale także na upadki i otarcia w czasie jazdy lub przy przełądunku. Stąd też kufry musiały być solidne.

     Zrobione przeze mnie kuferki wyglądają na całkiem mocne i wytrzymałe. Wewnątrz wyklejone są pomarańczowym filcem. Zapięcia to miniaturowe sprzączki ( z torebki). Wieczka kuferków otwierają się, tak więc ich wnętrza nie pozostają puste. Jak widać kuferki przetrwały już pierwszą podróż i dotarły cało wraz z siostrą pana domu do mojej miniaturowej wiktoriańskiej posiadłości.


         Quite a lot of time ago I bought in a shop with decorative articles two small wooden boxes. I bought them because of their really low price but I did not have any idea for them. They were not suitable for hat boxes because they were too small. Finally, some days ago the fate gave me a sign. The strip from my favourite bag broke off. It was a very simple kind of a postman bag made of linen but with a very nice insertion looking like leather. I decided to use  the insertion fabric. In that way two travelling boxes came to exist.

       
Travelling in the Victorian era was not a great pleasure. At the beginning there were no trains and the middle class used so called omnibuses. They were "first public buses" pulled by horses. The omnibuses run short and longer routes. Sometimes a journey lasted a few days ( with night stops). It can be easily imagined that the travelling boxes, put on the roof of the vehicle, were exposed not only to weather perturbations but to falls and scratches, too. For that reason they had to be solid.
        My boxes seem to be quite strong and resistent. Inside I glued some orange felt. The fasteners are made of the bag buckles. The boxes open and I could not resist to put some items inside. As you can see the boxes have "survived" the first journey and have arrived to my little Victorian mansion together with the lord of the house's sister.

 Wiktoriański omnibus miejski (zdjęcie z internetu). 
 A Victorian city omnibus (photo taken from the internet)

piątek, 14 lutego 2014

Drzwi. The doors.

     
          Jak już wiele razy pisałam, wszystko to, co możliwe, staram się wykonywać w moim domku sama. Tym razem przyszła kolej na drzwi wejściowe - te główne oraz te dla służby. Dostępne są oczywiście piękne gotowe drzwi, ale robiąc je sama, mogłam dostosować ich wymiary do moich potrzeb i upodobań. Wybrałam bardzo prosty model (głównie ze względu na moje ograniczone zdolności ). Marzyły mi się oczywiście witraże, rzeźbione zdobienia, mosiężna kołatka itp. Myślę jednak, że drzwi, mimo, że dość banalne, dobrze wpasowały się w charakter całego domu.

      Wykonałam je ze sklejki o grubości 0,5 cm oraz listewki o szerokości 1,5 cm. Kolor grafitowy, tak, aby komponowały się z dachem. Kołatkę zrobiłam z elementu do tworzenia biżuterii i drucika, a zamek do drzwi z pasty Opla. Drzwi otwierają się. Skorzystałam ze sposobu używanego w gotowych szafach - drzwi zamocowane są na dwóch malutkich gwoździkach, jednym u góry i jednym na dole, co daje możliwość manewrowania nimi. 


      I wrote many times that I try to make all the simple elements of the house by myself. This time I created the front doors - the main front door and the door for the staff. There are a lot of beautiful doors to buy, but as I made them by myself I was able to choose the size I needed. Of course, I was dreaming of stained glass, handcrafted decorations, a cooper knocker etc, too, but, as I am not an experienced craftswoman my doors are very simple. However, I think they fit in well.
     I made them of 5 mm thick plywood and a 15 mm wide strip of wood. They are graphite, the same colour of the roof. The knocker is made of a small element used to create jewellery and a piece of wire, the door lock is made of Opla paste.
     The doors can be opened. I used a very simple method "employed" in miniature wardrobes - two little nails. It permits to "manoeuvre" the door, to  open and close them, to push them inside the house or pull them outside.


piątek, 7 lutego 2014

Zmiana na lepsze? A change for better?

             
       No i nie wytrzymałam... Gdy opublikowałam post o  sypialni dla gości długo przyglądałam się załączonym zdjęciom. Tak jakoś raziła mnie wielkość koronkowych ozdób na pościeli. Doszłam do wniosku, że to jednak nie ta skala i chociaż przyznam, że koronka, której użyłam jest ręcznie wyszywana i odziedziczona po babci męża, to jednak postanowiłam zmienić pościel na bardziej pasującą rozmiarem. Nie wiem tylko czy jest równie ładna, bo o wiele skromniejsza. Pomyślę jeszcze nad dodatkami.
      Pościel uszyłam ręcznie ze starego bawełnianego prześcieradła. Fioletowa narzuta to specjalnie zakupiona do tego celu kuchenna ściereczka. Jest bardzo przyjemna w dotyku i wydaje się być ciepła. A do tego ma ciekawy wzór. Cóż, gdyby goście wiedzieli w czym śpią, ich odwiedziny byłyby bardzo krótkie. Myślę, że dokonałam zmiany na lepsze. Co wy na to?


            I did not resist... After having published my post about the guests' bedroom I spent long hours watching and contemplating the photographs that I had attached to it. I was not satisfied with the size of the lace decorations of the bed linen. I came to the conclusion that it did not fit the scale and, even if the lace I used had been embroided by hand and I had inherited it from my husband's grandma, I decided to change it for something that matches the scale. I don't know whether the new bed linen is more beautiful, it is for sure more modest. I must think about some more decorations.
          The linen is sewed by me, by hand. I used an old cotton sheet. The purple bedspread is made of a dishcloth that I had bought for that purpose. It is really soft in touch and it seems to be warm. What's more, it has got a nice pattern on it. Well, if the miniature guests knew what I had used for their bed linen, their visits would probably be much shorter. I think that I have made a change for better. What do you think?



czwartek, 6 lutego 2014

Wejście dla służby. The staff's entrance.

         
         Kiedy jakiś czas temu robiłam projekt schodów do mojego domku zdałam sobie sprawę, że w całej mojej miniaturowej wizji zapomniałam o rzeczy fundamentalnej - o wejściu dla służby. Cóż za przeoczenie! W epoce wiktoriańśkiej, w domach dość zamożnych, które dbały o swój wizerunek, nie do pomyslenia było, aby służba i "Państwo" używali tego samego wejścia. No i co to by był za wstyd, gdyby pod drzwiami któregoś dnia spotkali się goście i hodowca świń, który przyszedł kupić kuchenne odpadki... Tak więc powstało osobne wejście - pod głównymi schodami. (Drzwi, póki co są w fazie tworzenia, ale otwór został już wycięty).
          Muszę przyznać, że bardzo inspiruje mnie ten malutki zakątek domu i stał się jednym z moich ulubionych. Podejrzewam, że będzie on bardziej tętnił życiem, niż wszystkie inne pomieszczenia. Służące z sąsiedztwa, dostawcy mleka, mięsa, uliczni sprzedawcy... wszyscy będą udawać się właśnie tam. Całość wykonana jest z drewna i pokryta tynkiem. Schody dodatkowo pokryte są masą modelarską DAS, by przypominały chociaż trochę wydepany granit. Kolor biały...

         Dziwne to trochę? Już tłumaczę. Otóż główne schody każdego ranka były bardzo dokłądnie czyszczone przez służącą. Biedna kobieta o świcie musiała zdrapywać wszystkie zabrudzenia z każdego schodka. Do tego co jakiś czas schody były bielone - stąd też moja decyzja.
      Podłogę w wejściu dla służby wyłożyłam własnoręcznie zrobionymi płytkami chodnikowymi (gruba tektura, tynk i akryle), które miały wyglądać na wychodzone. Jak widać wejście jest całkiem spore i na pewno postaram się zagospodarować każdy jego centymetr. Skrzynki z warzywami, worek z węglem... hmmm... może jakaś ławeczka na wieczorne spotkania kucharki i mleczarza... Przecież im też należy się coś od życia.

     
        When, some time ago, I was making a project of the main external staircase I realised that I had forgotten about one of the most fundamental things - a staff's entrance. In the Victorian era, for the families that took care of their "image" a lot it was unthinkable to share the same entrance to the house with the staff. What a shame if one day some guests found themselves in front of the door together with a pig breeder that came to buy some kitchen leftovers... So a separate entrance has been built under the staircase. ( The door is being created but the door whole has already been cut out.)


        I must admit that this small part of the house inspires me a lot and it is one of my favourite ones. I suppose it is going to be much more full of life than any other room in the house. The maids from the neighbourhood, meat and milk suppliers, street sellers... all will go there. The structure is made of wood and plastered. The stairs are additionally covered with a modelling paste called DAS to make them similar to "used" granite. They're white.

         Does it seem strange? White stairs? I will try to explain my choice. The main external staircase every morning was cleaned very carefully by a maid. At dawn the poor lady had to remove every little piece of dirt from the stairs. What's more, from time to time the stairs were whitewashed.
        The pavement in the entrance for the staff is covered with handmade tiles ( cardboard, some plaster and acrilic colours) that were supposed to seem "consumed". As you can notice the entrance is quite big and I am going to fill every centimeter of it. Some wooden boxes with vegetables, a sack with coal... hmmm... and maybe a bench for the evening meetings of the cook and the milkman... They also should get something from life...

czwartek, 30 stycznia 2014

Efekt wolnego wieczoru. A free evening's result.

     

  Zwykle, gdy przechodzę obok pasmanterii nachodzi mnie niepohamowana chęć kupna jakiegoś malutkiego kawałka materiału lub wstążki do domku dla lalek. Staram się z tym walczyć, ale czasem przegrywam. Wtedy mój wybór pada na ręcznie tkane tasiemki do wykończeń arrasów.  Mam do nich szczególną słabość. Niestety, ich ceny są zdecydowanie zbyt wysokie. Kupuję pół metra produktu, a potem z wyrzutami sumienia tłumaczę sama sobie, że przecież będą z tego wspaniałe poduszki.

        Kilka dni temu, mając wolny wieczór, postanowiłam wreszcie użyć jednej z moich zdobyczy i stworzyć parawan do głównej sypialni. Taki był plan, a skończyło się na szyciu pościeli i walce z frędzelkami. Nie miałam pojęcia jak je wykonać, gdyż nitki nie układały sie po mojej myśli. Ostatecznie wpadłam na pomysł sprucia centymetra mojej zbyt drogiej wstążki i użycia do frędzli jej jedwabnych nitek. Myślę, że podziałało, a przynajmniej ja jestem zadowolona z rezultatu. 
        Pościel uszyłam ręcznie z kawałka materiału kupionego na wagę. Nie wiem dlaczego, ale nie lubię szyć na maszynie, mimo, że takową posiadam. Ręczne szycie bardzo mnie odpręża. 
     Pościel miała być prosta, ale elegancka. Dlaczego prosta, a nie przesadnie ozdobna jak to często można obserwować na zdjęciach przedstawiających wiktoriańskie sypialnie? Ponieważ moja miniaturowa rodzinka należy do klasy średniej. A poza tym z sypialnianą bielizną w epoce wiktoriańskiej różnie bywało. Zwykle w pokojach było chłodno więc i bielizny było sporo: prześcieradła spodnie i wierzchnie, kołdry i narzuty. I oczywiście pojawiał się problem z ich praniem i suszeniem. Stąd też, aby nie było widać zabrudzeń przekładano na przykład prześcieradła - te spodnie wyciągano na wierzch, a te wierzchnie ukrywano pod spodem, odwracano stronami narzuty i kołdry. Nie chciałam więc skazywać moich mieszkańców na spanie wśród brudnych falban, zwłaszcza w zimie, gdy suszenie było prawdziwą zmorą pań domu.W komplecie brakuje jeszcze narzuty. Upatrzyłam już sobie na nią piękną granatową koszulę mojego męża, ale muszę poczekać, aż się nią znudzi. Przyznam, że cierpię bardzo widząc ją wiszącą na wieszaku i uśmiechającą się zachęcająco do mnie...Myślę jednak, że mój zestaw pościelowy wyszedł całkiem ładnie. Oceńcie sami. Martwi mnie tylko jeden drobiazg, nie wydaje się wam, że wzór na zielonej poduszce jest zbyt duży?
        
         
Usually, when I pass next to a haberdasher, I feel an irresistible desire to buy a little piece of some fabrics or ribbon for my dollhouse. I try to fight with but sometimes I give up. Then, I choose a handmade ribbon used for tapestries. I have a weak spot for them. Unfortunately, their prices are much too high. I buy fifty centimeters of the ribbon and then, with remorses I try to justify myself that it will become a beautiful cushion.
           Some days ago I had a free evening and I decided to use one of my treasures and create a screen for the master bedroom. It was the plan but ,finally, I changed my mind and I got to sew some bed linen and to fight with tassels. I had no idea how to make the tassels and I did not like the threads that I used at the beginning. And then I decided to unravel one centimeter of my precious ribbon and use the threads to create the tassels. I think it worked. I am satisfied with the final result.
           The bed linen I sewed by hand with a piece of fabrics that I had bought on weight. I don't know why but I don't like using a sewing machine, even if I have one at home. Handsewing relaxes me. The linen had to be simple but elegant. Why simple and not excessively decorated as we can often see in the photos of the Victorian bedrooms? Because my miniature family is a middle class family. And apart from that, in the Victorian period there was some kind of "problem" with the bed linen. The rooms vere usually quile chilly and for that reason a lot of pieces of the bed linen had to be used : undersheet, sheet, underduvet, duvet, bedspread etc. and there was a problem with washing and drying them. So the Victorians tried to 'maximise' the use of the linen. When the
sheet was dirty they put it as an undersheet and used the undersheet as a sheet. They also reversed the duvets. I did not like the idea to 'sentence' my little inhabitants to sleep among dirty flounces , most of all, in the winter when drying the washing was a real nightmare for housewives.
           The bed linen lacks of a bedspread. I have already chosen the fabric. It is a beautiful navy blue shirt of my husband. I must wait till I will get the permission to use it, though, as it is quite new. I suffer a lot watching it in the wardrobe, smiling to me. I think the linen I sewed is quite nice. The only little problem is that I am not sure whether the motive on the green pillow is not too big.
            

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Gościnna sypialnia. Guests' bedroom.

           
       As I wrote in my previous entry, constructing my Victorian house I decided to enlarge it with two rooms for guests. One of them is the guests' parlour, the other one is the guests' bedroom. At the beginning, the space I adapted for the bedroom was to be a morning room, a place where the lady of the house every morning sits by her desk and plans the day activities, the food that is going to be served, occupies herself with book-keeping and so on. Eventually, I decided that the guests must have some room to sleep in and the lady of the house can do all her morning tasks in the library. There are all the guides she may need, too.
            As you see, the room is finished but it is not furnished enough yet. Still, there is a bed and a wardrobe and it means that there is everything that is needed for a good sleep. I suppose the Victorian ladies would not agree with me and would consider the conditions as spartan or inacceptable. For the time being I can not help them as the other pieces of furniture have not been bought yet. I admit that when I buy something to my house I usually choose the used furniture available on the internet auctions. It costs less. However, the truth is that sometimes I have to wait a lot to get something that I like. For this reason some of the rooms in my house are furnished in a very modest way. Fortunatelly,  I don't usually give up, I wait and observe and , at last, I buy what I need. 
            The guests' bedroom has already had a guest, the lord of the house's sister. I am thinking of making her the lady of the house, though, as the recent lady seems one centimeter too high to me. I know, it sounds funny but I am not able to put her to bed.

            Returning to the room decorations I decided to choose the pink wallpaper, it is a shade of pink that I am not able to name. The fllor is made of wood. There is already a wardrobe with a mirror ( to save some space) and a bed with some bed linen sewn by me. There is still some bed cover needed. I would like it to be purple but I have not found the fabrics yet. The thing that attracts attention is the painting in a large golden frame (made of paper and some elements created with Fimo). The paining is entitled 'An evening at home' and was painted in 1888 by Sir Edward John Poynter. And, at the end, there is a washing jug and a bowl, both made by me with Opla paste. 


            Jak pisałam w poprzednim poście, budując mój wiktoriański domek, postanowiłam powiekszyć go o dwa pomieszczenia dla gości. Jednym z nich jest salonik, drugim oczywiście sypialnia. Dziś kilka słów właśnie o sypialni. Początkowo miejsce, które zaadaptowałam na sypialnię gościnną miało być pokojem porannym, czyli miejscem, w którym pani domu każdego ranka siadała przy biurku i planowała rozkład zajęć, posiłki, podliczała wydatki itd. Ostatecznie zdecydowałam jednak, że goście muszą przecież gdzieś spać, a pani domu może zajmować się porannymi czynnościami w bibliotece. Przynajmniej, w razie potrzeby, będzie miała pod ręką wszelkiego rodzaju poradniki. 
              Jak widać sypialnia jest wykończona, ale umeblowana zaledwie w połowie. Jest już szafa i łóżko, czyli przenocować można. Pewnie wiktoriańskie damy uznałyby takie warunki za spartańskie, lub wręcz niegodne, ale cóż. Pozostałe meble nie zostały jeszcze zakupione. Przyznam, że kupując meble zwykle wybieram te używane, dostępne na aukcjach internetowych, gdyż kosztują o wiele mniej. Prawda jest jednak taka, że aby upolować okazję, czasem trzeba bardzo długo czekać. Stąd też niektóre z pomieszczeń w moim domku są bardzo skromnie umeblowane. Zwykle jednak nie poddaję się łatwo, czekam, obserwuję i w końcu udaje mi się zakupić to, czego szukam. 
             
Gościnna sypialnia ma już gościa, siostrę pana domu. Podejrzewam jednak, że ostatecznie to ona zostanie panią domu, gdyż obecna lalka wydaje mi się o centymetr za wysoka do skali. Wiem, śmiesznie to brzmi, ale w rzeczywistości jest zbyt długa, by umieścić ją w łóżku. 
             Wracając jednak do wystroju pokoju, pokusiłam się o tapety w kolorze różu o odcieniu trudnym do określenia. Podłoga oczywiście drewniana. Szafa z lustrem, by zaoszczędzić trochę miejsca, oraz łóżko z pościelą uszytą z ręcznie wyszywanej starej serwety. Brakuje oczywiście narzuty, wymarzyłam sobie taką w kolorze śliwkowym, ale nie znalazłam jeszcze odpowiedniego materiału. Rzeczą, która chyba najbardziej przyciąga wzrok jest obraz w szerokiej pozłacanej ramie (zrobionej z kartonu i udekorowanej elementami z Fimo). Obraz jest zatytułowany " An evening at home" i został namalowany w 1888 roku przez Sir Edwarda Johna Poynter'a. No i na koniec niewielki wykonany przeze mnie komplet do toalety porannej - dzbanek i miska z pasty Opla. Póki co ustawione na malutkim stoliczku.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Salonik dla gości. Guests' parlour.

         
         Kiedy zaczęłam budować mój wiktorianski domek w planie miałam pięć pomieszczeń: kuchnię, łazienkę, salon, jadalnię i pokój dziecinny. W miarę trwania prac jednak, gdy coraz bardziej poszerzałam moją wiedze na temat epoki, zdałam sobie sprawę, żę przecież pięć pomieszczeń to zdecydowanie za mało. A gdzie pomieszczę gości, którzy w tamtych czasach nie składali wizyt jedno- lub dwudniowych, ale miesięczne? A może nagle owdowieje siostra pana domu lub jego matka i postanowią zamieszkać razem z nim? A może kuzynka pani domu postanowi spędzić u niej tzw. "sezon salonowy"? I co wtedy? Przecież nie mogłabym położyć ich spać w pokoiku dziecinnym, a w salonie na łóżko nie ma miejsca. Tak więc powstały sypialnia dla gości oraz salonik dla gości.
         Tym razem kilka słów o saloniku. Mieści się pomiędzy gościnną sypialnią i łazienką. jako, że jest to pomieszczenie przechodnie i znajdują się w nim schody, kolorystyka ścian jest taka sama jak w korytarzu na parterze oraz pokoju przechodnim na drugim piętrze. Salonik ten ma pełnić dwie funkcje - salonika dla gości, którzy przebywają w domu przez dłuższy czas, oraz tzw. salonika dla pań. Salonik dla pań wykorzystywany był podczas uroczystych kolacji, kiedy to po skończonym posiłku panie opuszczały jadalnię i zostawiały panów samych. W czasie, gdy panowie palili cygara, popijali brandy lub whisky i rozmawiali o interesach, panie plotkowały w przeznaczonym do tego saloniku.

         Meble, które umieściłam w pomieszczeniu, to głównie meble do siedzenia. Jest tu jednak także witryna z porcelanowymi skarbami rodzinnymi, kilka obrazów i fotografii oraz stół i stojąca na nim niewielka roślinka. Meble zostały zakupione, wszystkie ozdoby i drobiazgi natomiast wykonałam sama z pasty Opla.

       Nie mogło zabraknąć także zdobionego sufitu. To też moja kreacja. Myślę, że salonik wyszedł mi całkiem przytulnie, ale ściany są jeszcze dość "gołe" i zamierzam zapełnic je rodzinnymi portretami. Co wy o tym sądzicie?
         When I started building my Victorian dollhouse I planned five rooms: a kitchen, a bathroom, a living room, a dining room and a nursery. During the works though, while I was reading more and more about the Victorian reality, I realised that five rooms were not enough. And where were the guests supposed to sleep? In those times they did not come for a day or two but for a month. And what if the master of the house's sister became a widow? Or his mother? And if they decided to come to live with his family? And if some cousin of the lady of the house decided to come and spend with her "the social season"? I could not put them to sleep in the nursery and in the living room there was no room for a bed. So, in that way, a guests' bedroom and a guests' parlour came to exist.

          This time I am going to tell you about the parlour. It is located between the guests' bedroom and the bathroom. It is so called "passage room" as there are stairs to go up and down and for this reason I decided to use the same wallpaper as in the corridor on the ground floor and as in another "passage room" on the second floor. The parlour has two functions- as a guests' parlour for the guests that stay in the house for a longer period and as a ladies' parlour during some important supper. The ladies' parlour was a place where the ladies gathered after the finished meal. While the gentlemen were smoking cigars, drinking brandy or whisky and talking about bussiness, the ladies were chatting in the parlour.

          The furniture I put in the room serves to be seated on. However, there is a glass cabinet with porcelain family treasures, some paintings and photographs and a small table with a plant on it. The furniture was bought, while the other things I made myself with opla paste. And, of course, there is a decorative ceiling, another of my creations. I think the parlour is quite comfy but the walls seem still "naked" and I am going to hang more family photographs on them. What do you think?

niedziela, 12 stycznia 2014

Terrarium. The Wardian cases.


        Ostatnio cały swój wolny czas spędzam na produkcji dachówek. Pierwsze efekty już widać, daszek nad drzwiami oraz daszek nad oknem zostały pokryte. Teraz czas na drugi daszek nad oknem a potem na dach główny, który będzie sporym wyzwaniem. Zanim jednak się za niego zabiorę postanowiłam zrobić trzy okna dachowe, a dopiero potem położyć dachówkę. W między czasie muszę jeszcze zagłębić się w temat wiktoriańskich dachów i wymyślić sposób wykończenia krawędzi i boków. Pracy całkiem sporo. Żeby jednak za bardzo was nie zanudzać pokażę wam inny z moich miniaturowych projektów - terrarium.

        W pewnym momencie podczas rozkwitu epoki wiktoriańskiej mieszkańcy miast zapragnęli zieleni w swoich domach. Wiecie już, że wiktoriańskie miasta były bardzo zadymione, brudne, zatłoczone i ciężko było o przydomowe ogródki. Do tego kobiety, szczególnie te młodsze znalazły sobie nowe hobby - zbieranie i zasuszanie paproci. Wymyślono więc prototyp domowego terrarium, w którym, pod szklaną kopułą sadzono małe roślinki, często właśnie paprocie, by w ten sposób móc cieszyć się zielenią nawet w zimę. Terraria różniły się rozmiarami i kształtami, począwszy od tych małych, z jedną roślinką, do tych, które zajmowały całe pomieszczenia. Używano ich także do transportowania roślin, także za granicę. Czasem łączono razem terrarium i akwarium.

         Moje terraria są niewielkich rozmiarów i znajdują się w nich paprocie. Terraria wykonane są z monet, pokrywek od dezodorantów, śrubek i pasty Opla. Jako liści paproci użyłam zasuszonych i zakonserwowanych klejem winylowym listków drzewa mimozy. Mam w planie zbudowanie dużego terrarium, które zagości w korytarzu na trzecim piętrze. Ale to dopiero po skończeniu prac nad dachem.


              Recently I have been spending all my free time creating roof tiles. The first effects are visible, the small roof over the front door and one roof over the bay window are covered with tiles. Now I must finish the second window roof and then ... the biggest challenge - the main roof. However, before I start covering the main roof with the tiles I am going to make three roof windows. In the meantime, I should look for some more specific information about the Victorian roofs and find the way to finish the edges. There is a lot of work to do. Anyway, I don't want to bore you with the roof and I will show you one of my other small projects - the wardian cases.
               
During the Victorian era, in a certain moment, the inhabitants of the great cities longed for some greenery in their houses. As you already know,  Victorian cities were full of smoke, dirty, crowdy and it was really hard to have a nice garden next to the house. Moreover, women, especially those younger ones, invented a new hobby - collecting ferns. As the result a prototype of terrarium, so called wardian case, was constructed. Under a glass dome plants, frequently ferns, were kept. It gave an opportunity to enjoy the real living plants and flowers even in winter. The wardian cases had different shapes and sizes - from small ones with one plant only to great glass constructions that occupied whole rooms. They were used to transport plants, even abroad, too. Sometimes terrarium and fish tanks were joined together.

  

               My wardian cases are very small and there are ferns inside. The cases are made of coins, deodorant bottle taps, screws and Opla paste. As the fern leaves I used the mimosa leaves, dried and "conserved" with Vinilic glue. In the future I am going to make a big terrarium That is going to occypy the corridor on the third floor. But first I must finish the roof.


sobota, 4 stycznia 2014

Postępy przy budowie. Some progress with external works.

             
             W końcu udało się! Hurra! Po prawie dwóch miesiącach wreszcie znalazłam czas i siłę na dokończenie elewacji domu. Przyznam, że jestem usatysfakcjonowana. Pracy było mnóstwo, jako, że i dom nie jest mały. Na początku pokryłam zewnętrzne elementy domu tynkiem do drewna a po jego zaschnięciu wyrównałam powierzchnię papierem ściernym. Oj bolały mnie ręce, bolały! Następnie dokonałam poprawek przy oknach, pozakrywałam ewentualne niedoskonałości przy framugach, dziurki, rysy itp. Na koniec pomalowałam otynkowaną powierzchnię białą farbą. Zdecydowałam się na biel, gdyż przy ewentualnych przybrudzeniach zawsze mogę je podmalować i nie będzie widać plam. Efekt zadowalający. Chociaż przyznam, że ciągle jeszcze znajduję jakieś drobniutkie elementy do udoskonalenia.
            Po tynkowaniu i malowaniu przyszedł czas na poszycie dachowe. Od początku zdecydowana byłam na dachówki. Rozważałam wiele możliwości : zakup gotowych dachówek wykonanych z gliny, wycinanie dachówek z papieru ściernego, patyczki do lodów, karton, modelina. Ostatecznie, przede wszystkim ze względu na koszt, postanowiłam wykonać dachówki z kartonu. Kształt? Karpiówka. Przejrzałam wiele stron internetowych z wiktoriańskimi dachami i karpiówka wydała mi się najbardziej stosowna i elegancka. 
        Początkowo zrobiłam tylko kilkadziesiąt dachówek, by zobaczyć jaki dają efekt położone na dachu. Każdą z nich wycięłam, pokryłam cienką warstwą szpachlówki i pomalowałam farbą akrylową w kolorze grafitu. Żmudne to zajęcie, ale dachówki wyszły całkiem ładne i zamierzam kontynuować produkcję. Na pokrycie daszków nad oknami potrzebuję ich około pięciuset, a na główny dach ponad ... dwa tysiące. Cóż... może do przyszłej zimy moje wiktoriańskie laleczki będą już miały porządny dach nad głową.

              I did it! Hurray! At last! After two months, finally, I found some time and enough good will to finish the facade of my house. I admit that I am satisfied. A lot of work had to be done as the house is not small. At the beginning I plastered all the external elements with some plaster used for wood. When it dried I smoothed the elements with sandpaper. I did feel the pain in my arms! Then I fixed all the imperfections in the window frames, holes and scratches. At the end I painted the walls with white paint. I decided to use the white colour because I will be able to repaint eventual defects without any visible change in the colour. The effect is pleasing. However, I still find something to correct.
             
            After plastering and painting the time for the roof works came. From the beginning I was decided to use the roof tiles. I thought of buying clay tiles, make them from sandpaper, ice-cream sticks, cardboard, fimo paste. Finally, mostly because of the low cost, I chose to cut them out from cartboard. Shape? Plain flat tiles. I visited a lot of internet websites with Victorian roofs and I think that this kind of tile is the most convenient and elegant one.
             I created some of them to check what effect they give once put on the roof. I cut them out, plastered each of them and painted with graphite acrilic paint. It is a very boring task to do but I think the tiles are quite nice and I am going to continue my work. To cover the small roofs above the windows I need about five hundred tiles, and to cover the main roof... more than two thousand. Well... I hope till next winter my Victorian dolls will get a nice roof over their heads.

piątek, 27 grudnia 2013

Salonik miłośnika polowań. A hunting amateur's living room.

           

     Budując mój wiktoriański domek, wprowadzając do niego nowe postaci i przeglądając całe sterty magazynów o wystroju wnętrz wymyśliłam sobie, że mój pan domu będzie miłośnikiem polowań. Osobiście jestem bardzo przeciwna krzywdzeniu zwierząt, a tym bardziej dla własnej przyjemności, ale w tej kwesti uległam. Przede wszystkim dlatego, że trudno opowiedzieć społeczną historię wiktoriańskiej Anglii bez wzmianki o polowaniach na lisy, jelenie czy dzikie ptactwo. W tamtych czasach polowania uznawane były za sport i to sport dla wyższych sfer, gdyż kosztowały sporo. Były to jednak również wydarzenia towarzyskie i zdarzało się, że brały w nich udział także kobiety. Podczas sezonu polowań, czyli od sierpnia do lutego, popularne były tzw. "polowania weekendowe". Można było polować "na piechotę" lub na koniu. Przydawała się także dobra orientacja w terenie, gdyż łatwo było zgubić się wśród zarośniętych pól i gęstych lasów. Polowania miały swoje tradycje, reguły a nawet etykietę. Istniała też hierarchia osób, które je przygotowywały i dbały o ich przebieg.

        Wracając jednak do salonu, jego umeblowania i wyglądu, to także tutaj obowiązywały dość jasne zasady.Salon był pomieszczeniem reprezentacyjnym, miejscem w którym przyjmowano gości i wszystko co najcenniejsze i warte pokazania znajdować się miało właśnie tutaj. Nie mogło więc zabraknąć wszelkiego rodzaju witryn prezentujących rodzinną kolekcję porcelany, obrazów i fotografii w ozdobnych ramkach, stołów i stoliczków na których poustawiane były różnego rodzaju bibeloty itp. Obowiązkowymi meblami stojącymi w salonie były sofa i fotele, często z podnóżkami. Oprócz nich częstym gościem w salonie bywało także pianino. No i nie mogło zabraknąć kominka, który w porze letniej ozdabiano zwykle roślinami, tak by pełnił funkcję dekoracyjną.

        Kolorystyka salonu poczatkowo była dość ciemna, obowiązywały intensywne zielenie i czerwienie, kolory dość przytłaczające w i tak już zaciemnionych wiktoriańskich domach. Z czasem zaczęto eksperymentować z nowymi kolorowymi tapetami, które nawiasem mówiąc były toksyczne za sprawą sposobu uzyskiwania żywych kolorów, na przykład fioletu czy turkusu, z użyciem kwasów. Do tego obowiązkowo dekoracyjny sufit.

      Oglądając mój salonik widać, że postawiłam na wnętrze bardzo tradycyjne, chociaż moim zdaniem dość gustowne. Tapeta jasna, ale z zielonym akcentem, typowe meble z epoki oraz obrazy przedstawiające sceny z polowań. Obrazy oraz wszystkie widoczne "porcelanowe" elementy wykonałam sama. Przyznam, że moimi ulubionymi przedmiotami są biało-złoty dzbanek do kawy oraz patera z owocami wykonane z pasty Opla. Sufit także ozdobiłam sama. Jest on pomalowany farbami akrylowymi. Pozłacane ozdoby to elementy z pasty Opla wykonane przy pomocy silikonowego wzoru, a następnie pokryte złotą farbą akrylową. Pod ścianą po lewej stronie zamierzam umieścić jeszcze 2 fotele i mały stolik w kształcie półksiężyca, na którym wyeksponuję zakupione przeze mnie jakiś czas temu 3 ręcznie robione talerze z elementami myśliwskimi. Marzą mi się także strzelby przytwierdzone na ścianie, choć nie wiem, czy to dobry pomysł, biorąc pod uwagę, że w domu są też dzieci.

Constructing my miniature Victorian house, introducing new doll characters in it and looking through piles of magazines about interiors I decided that my Victorian gentleman was going to be an amateur of hunting. Personally I am against any kind of violence towards animals but this time I gave in. Most of all because it is quite difficult to tell the social history of Victorian society without mentioning fox hunting, deer hunting or wild birds hunting. In that period hunting was a sport, and it was sport for upper classes as it cost a lot. However, hunting was also a social occassion and sometimes women took part in it, too. During the hunting season, from August till February, weekend hunting was very popular. Participants could hunt on horseback or on foot. Good sense of direction was very usefull as it was quite easy to get lost among overgrown fields or bushy forests. Huntings had their traditions, rules and an etichette. There even existed a hierarchy among people who occupied themselves with the hunting preparations and took care of their course.
                 Turning back to the living room, its furnishing and general appearance, here too very clear rules
were visible. The living room was a representative room, a room where the guests were received and all the things worth being shown and seen were exposed there. So any kind of glass cabinets with family porcelain could not miss. Then, there were framed paintings and photographs on the walls and many different tables and mini-tables with small objects on them. The obligatory pieces of furniture in the living room were armchairs and a sofa. Apart from them, a piano was a common guest in the room, too. And then there was a fireplace, in the summer decorated with plants.
                 The wall colours in the beginning of the Victorian era were quite oppressive - intense green or red. They seemed quite overwhelming in already dull and lightless rooms. With time people started experimenting with new colourful wallpapers, which, by the way, were poisoning because of the way the colour, for example violet or sea-blue was produced using acids. Then decorative ceilings were almost obligatory, too.
                 
Looking at my living room it is clear that I decided to create a very traditional but comfy room. The wallpaper is light but with a green accent, typical Victorian furniture and paintings showing hunting scenes. The paintings and all the "porcelain" things I created myself. I must tell you that the white and gold coffee pot and the bowl with fruit are my favourite items made of Opla paste. The ceiling I decorated myself too. It is painted with acrilic colours. The golden elements in the middle are made of Opla paste, using a silicone stamp and then painted with some gold acrilic paint. On the left, next to the wall I am going to put two more armchairs and a halfmoon table. On the table I am going to put three porcelain plates with hunting scenes that I bought some time ago. I would also like to hang some rifles but I am not sure whether it is a good idea or not as there are small children in my mini house.

wtorek, 17 grudnia 2013

Świąteczny gość. A Christmas guest.

       
           Niewiele jest pewnie osób, które nie cieszą się magiczną atmosferą świąt Bożego Narodzenia. Rodzinne spotkania, mnóstwo pysznego jedzenia, pięknie ubrana choinka, kolędy ... Są jednak i tacy, którzy zostają sami, opuszczeni, zapomniani i to właśnie o nich najczęściej myślę w święta. Przykro mi bardzo z ich powodu, a jednocześnie jeszcze bardziej jestem wdzięczna losowi za to co mam. W tym roku moje lalki nie będą miały ani choinki ani prezentów, ale myślę, że się nie pogniewają. Pomieszczenia nie są jeszcze ukończone i nie chciałam na szybko kupować świątecznych ozdób. Zaprosiłam do nich jednak małego gościa. Podejrzewam, że pani domu miałaby do mnie pretensje, lub nawet chciałaby wyrzucić go z domu, ale kucharka jakoś go zniesie. Jest to mały bezdomny wiktoriański chłopiec. Taki Oliwer Twist. W obdartym ubranku, z czapką z daszkiem na głowie i z ogromną determinacją do przetrwania w szarej i biednej wiktoriańskiej rzeczywistości.
          Jakiś czas temu zaczęłam czytać książkę Judith Flanders A Victorian City i przyznam, że bardzo zmieniła ona moje wyobrażenie o mieszkańcach tej epoki. Najbardziej jednak "przeżyłam" rozdział o slamsach i bezdomnych sierotach. Było ich mnóstwo, całe ukryte organizacje. Niby temat nie nadający się na świąteczne dni, ale jednak jakże aktualny także teraz. Wyobraźcie sobie, że symbolem statusu była dla nich czapka z daszkiem. Bez butów, w łachmanach chwytali się wszystkiego, by przeżyć. Oczywiście kradzieży również. Najczęściej jednak sprzedawali gazety, dostarczali wiadomości lub byli zamiataczami ulic. Niby nic w tym dziwnego, ale oni zamiatali te ulice pomiędzy przejazdem jednego pojazdu konnego a drugiego, w biegu. Ulice, zwłaszcza te najbardziej uczęszczane były ciągle zatłoczone, tętniące życiem i bardzo brudne, pełne końskich odchodów, kurzu i błota. Postanowiłam więc, że choć to jeden z tych elementów epoki, którym Wiktorianie nie powinni się chwalić, to powinien jednak mieć odzwierciedlenie w moim domku dla lalek. Zakupiłam więc sobie prezent, małą laleczkę z The Dolls House Emporium. W przyszłości będzie stała przed domem i sprzedawała gazety, ale na czas Bożego Narodzenia, jeśli dotrze, zostawię go w kuchni. Niech się naje biedaczyna do syta. Cały rok musi tak ciężko pracować.

        Probably there are few people that don't like the magic Christmas atmosphere. Family meetings, a lot of delicious food, a beautifully decorated Christmas tree, Christmas carols... But still there are people that remain alone, forgotten and it is about these people that I think during Christmas. I feel sorry for them and at the same time I am grateful for what I have. This year my dolls are not going to celebrate Christmas. The rooms are not furnished yet and I didn't want to buy Christmas ornaments in a hurry. But...I have invited a little guest. I suppose the lady of the house would not approve of my decision, maybe she would even like to get rid of him... but I think the cook won't mind. It is a small homeless Victorian boy, like Oliver Twist. He's wearing old used clothes, a hat and he wants to survive very much.
       Some time ago I started reading a book, A Victorian City by Judith Flanders, and I must admit that it has changed my view of the Victorian era very much. I was particularly moved reading about slumming and homeless parentless children. There vere so many of them... I know it is a topic not very convenient for Christmas but it is so actual even nowadays. Immagine that the symbol of the status was a hat for them. Without shoes, wearing rags, they did everything to survive. They stole too. Quite often they worked as delivery boys, newspapers sellers or street sweepers. It sounds quite normal but... they had to sweep the streets moving among the running horse carts and omnibuses. The most trafficated streets were very dirty, full of horse excrements, dirt and mud. I decided that, even if it is one of the aspects of the Victorian era that should not be boasted of, it should be reflected somehow in my dollhouse. I bought a small doll from The Dolls House Emporium. In the future he is going to sell newspapers in front of the house but for Christmas, if he arrives in time, I will put him in the kitchen and let him eat and eat and eat. He has to work so hard all the year round.

niedziela, 8 grudnia 2013

I nastała jasność... And the lightness has come...

     
   Pamiętacie ile razy musieliście w pośpiechu szukać świeczki i zapałek bo z nienacka wyłączyli prąd? A gdy przydarzyło się to w zimę i za oknem panował już zupełny mrok? Mój tata , na parapecie w kuchni, trzymał na tę okazję starą naftową lampę. Do dziś z nostalgią wspominam każdą godzinę dzieciństwa spędzoną przy wątłym płomieniu tej właśnie lampy. Chociaż wtedy nie miałam o tym pojęcia, to było to trochę wiktoriańskie przeżycie. Dobrze jednak, że trwało tylko kilka godzin. Nie to, co ciemność w moim miniaturowym domku.
    Wreszcie jednak dotarły do mnie zakupione przedłużacze i dla moich małych mieszkańców zapanowała jasność. Względna jasność, bo oświetlenie nie elektryczne, ale gazowe. Zawsze to jednak lepsze niż nic. Gaz to już coś! Pewnie każdy z nas chociaż raz widział urywek filmu kostiumowego... bal... sala pełna pięknie ubranych dam... dostojni kawalerowie... ogromne żyrandole z dziesiątkami świec... tak właśnie było na początku panowania królowej Wiktorii.  Domy oświetlane były świecami, lub ewentualnie lampami olejnymi. Wielkie świeczniki ustawione na kominkach, przy lustrach, które odbijały płomienie świec, to jeden z nieodzownych elementów epoki. Oprócz nich powszechne były także małe przenośne świeczniki. Ci, którzy tak jak ja, są wielbicielami  ekranizacji wielkich brytyjskich dzieł tamtej epoki wielokrotnie mieli okazję zobaczyć, jak się wtedy żyło. Dickens i Conan Doyle i ich Londyn...bogaty i biedny jednocześnie,  ... i ta niesamowita atmosfera... zadymione pomieszczenia i panujący w nich półmrok, zamglone ulice i latarnie uliczne, oczywiście ze świecami, zapalanymi co wieczór przez latarników. Ich płomienie przypominały malutkie świetliki błądzące w ciemnych zakamarkach. 
       Na początku XIX wieku powoli zaczęło rozpowszechniać się w domach i na ulicach oświetlenie gazowe. Wiktorianie byłi jednak dość nieufni i przekonali się do niego dopiero, gdy ów oświetlenie zostało zamontowane w budynkach parlamentu. Gaz doprowadzano za pomoca mosiężnych, miedzianych lub żelaznych rur. Chociaż, po świecach ,było to wielkie udogodnienie, gaz wydzielał niestety opary, które przy dusznych wiktoriańskich pokojach stanowiły problem. Stąd wiktoriańskie damy, tak często blade, skarżyły się na migreny i omdlenia. Wystarczył już ściśnięty do granic możliwości gorset, a w połączeniu z gazowymi wyziewami...
      Zaplanowanie oświetlenia było bardzo przyjemną częścią budowy domku. Postanowiłam umieścić jeden wiszący żyrandol lub lampę w każdym z pomieszczeń. Oczywiście gazowe, gdyż elektryczność pojawiła się pod sam koniec XIX wieku, ale w bogatych domach. Przewody ukryłam pomiędzy piętrami. Jestem jednak przekonana, że ilość światła w domku, a może jego jakość nie jest wystarczająca i  w przyszłości zakupię jeszcze lampki stojące, ale na baterie, co oszczędzi mi doprowadzania dodatkowych przewodów i będę mogła dowolnie je przestawiać.
      A tymczasem... niech nastanie światłość... Niestety nie w pokoju dziecinnym jeszcze, gdyż dziwnym zrządzeniem losu w lampach przepaliły się żarówki.

       Do you remember how many times you had to look for a candle and some matches because there was a black-out? And in the winter when it was very dark outside? For this "occassion" my dad was keeping an old oil lamp on the window sill in the kitchen. I still remember with some nostalgy every single hour of my childhood lighted with fibble flames of that lamp. Although, at that time, I had no idea about it, it was quite a Victorian experience. Fortunately it lasted only few hours... not like the darkness in my miniature dollhouse. But finally my lighting equipment arrived some day ago and my little inhabitants can enjoy the light. Not much light because it is gas lighting, not electricity but it is better than nothing.
     
I suppose everyone at least once has seen a piece of a costume film...a ball... a room full of beautifully dressed ladies...handsome men...and great chandeliers with candles. That was the situation at the beginning of the reign of Queen Victoria. At that time houses were lighted with candles or oil lamps. A big candelabra put on the fireplace, in front of a mirror that reflected the light and doubled it was one of the symbols of the epoca. Apart from candelabra also single candlesticks were very widely used. People, who like me, are amateurs of film adaptations of the biggest British masterpieces of that era, many times had a possibility to see what was the life like in those times. Dickens and Connan Doyle and their London... wealthy and poor at the same time... and that special atmosphere...smoky rooms and the semidarkness, foggy streets and street lanterns, of course with candles lighted every evening by the lamplighters. Their light seemed like little glow-worms wandering in the dark nooks.
           At the beginning of the XIXth century gas lighting became more popular in the houses and in the streets. Many Victorians, though, were quite distrustful of it and became more convinced when it was installed in The Houses of Parliament. Gad was conveyed with iron or cooper tubes.Although, after the candlelight, gas was a huge convenience it emitted some fumes.They were a problem as the Victorian rooms were already airless and stuffy. For that reason a lot of ladies complained about headaches and fainting. They already had their corsets very tightly laced up and together with the gas fumes...
             Projecting the lighting system in my dollhouse was a really enjoyable activity. I decided to put one hanging chandelier or a lamp in each room. It is gas lighting as the electricity appeared at the end of the XIXth century but in the rich houses. I hid the wires between the floors. Unfortunately, I am convinced that the quality and the quantity of the light is not sufficient and in the future I am going to add some standing lamps supplied with batteries so I will be able to change their location.
              For the time being...let's welcome the lightness. Not in the nursery unfortunately... the bulbs in the nursery lamps burnt out while testing the new lighting equipment...

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Brudna robota. Dirty work.


               Zwlekałam z napisaniem tego posta, ponieważ miał być o oświetleniu. Niestety zakupione przeze mnie mini-przedłużacze, na które czekam od dwóch tygodni, jeszcze nie dotarły i tak oto zdecydowałam napisać o czymś innym...o brudnej robocie. Kto z was praktykuje szorowanie garnków solą i popiołem w dzisiejszych czasach? Trudno już chyba znaleźć takie osoby. Uporczywa plama na ubraniu męża? Zanosimy ubranie do pralni. Pożółkłe prześcieradło? Kupujemy nowe i czyściutkie. A kiedyś? W epoce wiktoriańskiej to dopiero było pranie i szorowanie...

             Wyobraźcie sobie coś na kształt niskiego pieca kaflowego, zbudowane z cegły i z wbudowanym żeliwnym "pojemnikiem" na wodę z dostępem z góry, pojemnikiem  przypominającym beczkę do kiszenia ogórków. To jakże wymyślne urządzenie służyło do prania. Rozpalano ogień, wlewano wodę i wrzucano do środka pranie, które potem ugniatano drewnianym "trójzębem". Trójząb, nazwany tak przeze mnie z braku innego pomysłu ( jego angielska nazwa to washing dolly) przypominał drewniany stołek o trzech nogach zamocowany do długiego uchwytu od miotły. 


Aby jednak wrzucić pranie do gotowania najpierw trzeba było moczyć ubrania i bieliznę przez kilka godzin, usunąć ewentualne plamy i zabrudzenia za pomocą soli, cytryny, sody i innych specyfików, dobieranych w zależności od rodzaju plam. Zamożne wiktoriańskie panie domu pozwalały sobie na wynajem praczki, te mniej bogate prały razem ze służącą. Pranie trwało cały dzień. Zwykle robiono je w poniedziałek. Wyobrażacie sobie, gdyby takie przedsięwzięcie miało mieć miejsce w łazience? Wykluczone! Do tego właśnie służyło specjalne pomieszczenie do brudnych prac, tzw. scullery. To właśnie tutaj myto tłuste i przypalone garnki, robiono niekończące się pranie, maglowanie, prasowanie, kilkudniowe suszenie i wszystko to, czego nie decydowano się robić w innych, czystych pomieszczeniach, bojąc się je zabrudzić lub z powodu zbyt długiego trwania prac.


                  Jak łatwo zauważyć, pomieszczenie to, mimo swojego brudnego i szarego przeznaczenia, kryło w sobie wiele "fantazyjnych" przedmiotów. Oczywiście nie mogło go zabraknąć także i w moim domku. Ulokowałam je w podziemiu, obok kuchni. Umieściłam w nim własnoręcznie zrobiony z gliny "prototyp wiktoriańskiej pralki", gliniany zlew oraz bardzo rustykalne meble. Jak widać po wyschnięciu moja "pralka" zmieniła trochę kształt. Cóź... może i w tamtych czasach zdarzały się murarskie wpadki...Suszarkę również wykonałam sama. Można ją nawet opuszczać i podciągać do góry. Jak widać duża biała półka świeci jeszcze pustkami, ale wszystko przede mną. No i brakuje drabiny i magla, na który "poluję" od dłuższego czasu. Chciałabym taki działający... Niestety ceny trochę przewyższają możliwości mojego budżetu więc czekam na okazję.

               I postponed the publication of this post because it was going to be about the lighting in my dollhouse. Unfortunately my extension socket strips bought some time ago have not arrived yet and so I decidet to write about something different... about dirty work. Do you still rub your pans with ash or salt nowadays? I suppose it is difficult to find such people yet. A bad stain on your husband's suit? You take it to the chemical lavatory. Yellowish linen? You buy some new and clean pieces. But some years ago? In the Victorian era doing the washing was a real tiring activity.

               Imagine a low stove made of bricks and with a steel container fixed inside, with a hole that permitted to pour some water inside it... This "thing" was used to boil the washing. First the fire had to be put off, then some water heated in the container - boiler and then the washing was put inside. A "gadget" called dolly was also used to beat and press the washing in the hot water. But first it had to be soaked in water with salt or lemon juice to get rid of stains. Rich Victorian ladies paid a washerwoman to do the washing for them, those less wealthy did the washing with the maid. Doing the washing took a whole day. Usually it was done on Mondays. Can you imagine such an "event" to be done in a bathroom? Certainly not. It was done in a special room called scullery. The room was used not only to do the neverending washing, mangling, ironing etc. but also to scrub the dirtiest pots and for other dirty or time-consuming works.
             
As you can see even such a dull place like a scullery can be quite interesting. In my dollhouse it is located next to the kitchen. The "washing machine" and the rustical sink I made of clay and I put some rustical furniture too. As you have already noted in the pictures after drying the "machine" has changed the shape. Hmmm... maybe in those days some constructional boobs happened too. I created the washing rack too. It can be lower. The big white shelf is still quite empty. And there is no ladder and no mangle yet. I would like a working one but I've been waiting for some occasion as the prices are quite high.